Jak ważne są języki obce w podróży do innych krajów wiemy wszyscy.

Prawie każdy z nas podczas przygotowań, stara się oprócz wstępnego poznania kraju do jakiego się wybiera, często uczy się też podstaw a przynajmniej kilku słów w języku „tambylców”.

Jeśli nie uda się to przed wyjazdem, to na pewno wrócimy do domu nie tylko pełni wspomnień ale także bogatsi o kilka nowych słów, których znaczenia miejmy nadzieję będziemy znać 🙂

Fajne w językach obcych jest to, że znajomość jednego często pomaga w szybszym poznaniu drugiego, im więcej podstaw mamy tym konwersacja w dowolnym języku świata staje się nie tylko możliwa ale często naturalna przy nawet niewielkim wysiłku.

Mieliśmy tak kiedyś w Rumunii – kilkanaście podstawowych słów pozwalało nam na sprawne zakupy czy znalezienie noclegu ale konwersacja po rumuńsku … już niekoniecznie… Chyba że znamy kilka słów po angielsku – bo najbardziej popularny, kilka po francusku – po podobny do rumuńskiego i kilka włoskich – bo sporo Rumunów pracuje we Włoszech – albo przynajmniej ktoś z rodzony był i przywiózł kilka słów.

Ta mikra znajomość kilkunastu słów po włosku i francusku pozwoliła nam na poznanie bardzo fajnego człowieka, z którym PRZEGADALIŚMY kilka godzin ! Niby niemożliwe a jednak. Oczywiście nie były to rozprawy filozoficzne czy zgłębianie tajników ekonomii ale nawzajem opowiadaliśmy o swoim życiu, rodzinach czy problemach dnia codziennego w naszych krajach.

To nie tylko w Rumunii, w północnej Afryce wystarczył  ten sam „francuski” wspomagany angielskim, który zna większość „maj friendów”. Znajomość podstaw rosyjskiego i dodawanie rosyjskich końcówek do polskich słów pomagała nie raz na Litwie czy w innych byłych radzieckich republikach.

Jednak jedno spotkanie było inne. W drodze na Pik Lenina w górach Pamir, trafiliśmy do jurty starszego już pasterza oraz jego licznej rodziny. W tamtych czasach (2003r – nie wiem jak jest teraz) pasterze, prowadzący koczownicze życie głównie na stepach i górskich dolinach a tylko zimy w miejscowościach – często wraz z innymi pasterzami, nie mieli kontaktu z językiem innym niż ten, którym operowali an co dzień. Minione czasy radzieckiej obecności w Kirgistanie, często też nie wymagały od koczowników znajomości języka urzędowego – pasterz w urzędzie ? Po co ? 🙂

Miły starszy Pan, zaprosił nas do swojej jurty. Poczęstował tym co miał najlepsze – serami własnej oczywiście produkcji czy liepioszką – przepyszną dość tłustą bułką (chlebem) i kumysem (zjełczałe kobyle mleko z nieliczną ilością procentów).

Po kilku minutach wymiany uśmiechów, serdeczności i zachwalania skromnych dań, każdy z nas chciał opowiedzieć coś o sobie, o naszej wyprawie i oczywiście dowiedzieć się czegoś o swoi gospodarzu. Starszy Pan znał kilka słów po rosyjsku, z trudem składał proste zdania i wyraźnie go to trapiło. Cisza i brak „rozumienia” w tak serdecznym wydarzeniu jakie nam zafundował nie jest fajna, staraliśmy się my, starał się On…

W końcu wyszliśmy wspólnie z jurty aby poznać gromadkę jego dzieci i wnuków – rany ilu ich tam mieszkało to szok ! poznaliśmy też osiołka i dwa niezbyt wysokie konie. Czekała nas jeszcze tego dnia kilkugodzinna podróż do bazy pod Leninem więc pożegnaliśmy się życząc sobie wszystkiego co najlepsze powoli pakowaliśmy się do dalszej drogi. Starszy Pan, widać długo składał to zdanie, które zapamiętałem do dziś:

„… to strasznie smutne nie znać języka swoich gości…”

Jasna cholera ! człowiek uczy się całe życie, chce poradzić sobie w każdym zakątku świata, ułatwić sobie dzień codzienny w pracy czy w podróży a tu nagle co ? powinniśmy wiedzieć jak porozumieć się z naszymi gośćmi – to nasze zadanie. Ugościć wędrowca i wesprzeć go dobrym słowem. Przecież karma wraca… dziś jesteśmy gospodarzem, jutro wędrowcem…

foto – pixabay.com & bardzo stare skany słabej jakości by ready2go.pl